TRICAMP Teneryfa 2026 – relacja z obozu triathlonowego pod Teide

Tydzień treningów na Teneryfie za nami. Kilometry na rowerze pod Teide, pływanie w słońcu i bieganie wzdłuż oceanu – wszystko w atmosferze sportowej ekipy TRICLUB.

Kiedy w Polsce zima próbuje ustawić trening pod dyktando trenażera, bieżni i warstw „na cebulkę”, Teneryfa robi coś odwrotnego: otwiera przestrzeń na pracę jakościową, objętość i… prawdziwą frajdę z ruchu. I właśnie w takim klimacie zrobiliśmy TRICAMP Teneryfa 2026 — tydzień, w którym merytoryczna i metodyczna robota spotkała się z oceanem, górami, wiatrem oraz przygodą, której nie da się zasymulować w domu.

Ten wpis to relacja „od środka”: jak pracowaliśmy, co było celem, co wyszło najlepiej i dlaczego — mimo zmęczenia — wracamy z satysfakcją (i apetytem na kolejną wyspę).

Zanim przejdę do „dzień po dniu”, jedno ważne doprecyzowanie: Teneryfa jest wymagająca, ale camp nie jest obozem przetrwania. Plan ma formę ramową, a priorytety dnia układamy tak, żeby każdy wyniósł maksimum korzyści w swoim kontekście (poziom, doświadczenie, aktualna dyspozycja, regeneracja). Tak samo działa podział na grupy: BASE/COMFORT i ADVENTURE/PERFORMANCE — inne tempo, inna objętość i inny poziom „przygody”, ale te same fundamenty jakości.

Teneryfa daje do tego świetną scenę: łagodny, „całoroczny” klimat na wybrzeżu i zupełnie inne warunki w górach; do tego wulkan Teide (3718 m, z opcją podjazdu rowerem na blisko 2400 m) jako stały punkt odniesienia i jeden z najmocniejszych treningowych symboli Europy.

Open water o poranku — jeden z najbardziej „teneryfowych” momentów campu

Wejście w tydzień

Po przylocie nie goniliśmy „od razu za wyciskiem”. Zrobiliśmy rozruch i mobilność — tak, żeby następnego dnia wejść w trening świeżo, a nie „pospinani po podróży”. To jest drobiazg, który często robi różnicę w jakości całego tygodnia: im sensowniejszy start, tym łatwiej później realizować ważne jednostki.

Technika day: teoria, praktyka i pierwsze konkretne zadania

Drugi dzień to była duża dawka „technik + dlaczego + jak to wdrożyć”.

Zaczęliśmy od open water o wschodzie słońca — ćwiczyliśmy wejścia i wyjścia z wody oraz drafting w parach. Wyszła bardzo dobra współpraca w wodzie, a jedna prosta wskazówka („skrobanie marchewki”) zrobiła robotę: nagle drafting przestał być teorią, a stał się konkretnym narzędziem, które da się powtórzyć i kontrolować.

Potem przeszliśmy do roweru i techniki na dwóch poziomach:

Najpierw rozgrzewka z pachołkami — balans, czucie roweru, prowadzenie w skręcie. Dla wielu osób, które zimą kręcą głównie na trenażerze, to było ważne „odświeżenie” realnego panowania nad sprzętem.

Drugi akcent: zjazdy serpentynami. Praca w dwójkach, zadania do wykonania, konkretne feedbacki. Do tego nagrania video każdego uczestnika na zjeździe. Taki początek campu jest pod tym względem idealny: robisz diagnostykę i korektę, a potem masz jeszcze kilka dni, by utrwalać na tych samych drogach.

Wieczorem domknęliśmy dzień warsztatem: pytania i odpowiedzi o zjazdach, zachowaniu w grupie i jeździe w wietrznych warunkach — i z tego wyszły nasze „złote zasady” (prosto, praktycznie, do powieszenia w głowie na każdy kolejny trening).

Teide i „rytm Teneryfy”

Kolejny dzień to dłuższa wyprawa kolarska i podjazd pod Teide. W samym Parku Narodowym Teide jest coś, co trudno oddać zdjęciem: krajobraz „jak z innej planety” i szosa, która wciąga w górę tak długo, że musisz nauczyć się cierpliwości. Teide-Pico Viejo ma 3718 m i jest to najwyższy szczyt na ziemi hiszpańskiej — a dla nas to był po prostu dzień, w którym trzeba było mądrze zarządzać tempem i głową, aby wdrapać się do najwyższego punktu jaki można osiągnąć na rowerach (dolna stacja kolejki na 2356 m)

Podzieliliśmy się na dwie grupy tempowe i dwójki partnerskie. Sam podjazd droga TF-38 bywa „łagodny” jak na Teneryfę, ale jego trudność robi długość (ponad 20 km wspinaczki). W ujęciu praktycznym: jeśli ktoś chce jeździć tu w komforcie, świetnie sprawdza się e-bike albo dobra „noga” (ftp w okolicy ~3 W/kg jako roboczy punkt odniesienia dla komfortowej realizacji).

Trafiliśmy dobrą pogodę na wjeździe, ale zjazd zrobił nam typową niespodziankę Teneryfy: chmury, mgła, wilgoć i „zimno mimo ciepłej wyspy”. To też warto zapamiętać: południe bywa spokojne, ale góry mają własne zasady.

Wulkaniczne drogi i krajobraz Teide — trening, który zostaje w pamięci.

Dzień regeneracyjny, ale nie „pusty”

Następny dzień to regeneracja… ale z sensem.

Zrobiliśmy spokojną, dłuższą sesję techniki na basenie: chwyt wody i podwodna faza pociągnięcia, praca na nagraniach, liczne wskazówki i korekty. Każdy dostał też proste elementy do samodzielnej oceny: pozycja w wodzie i „wysoki łokieć” bez zgadywania.

Tu warto dodać kontekst infrastruktury: w okolicy Costa Adeje działają 2 ośrodki sportowe: miejski z dwoma basenami (25 i 50 m) i kilkoma udogodnieniami do innych sportów oraz drugi kompleks stworzony do treningu – Tenerife Top Training — ośrodek, który również posiada basen 50 i 25 m, a także hydrodynamiczny kanał do analizy techniki pływania oraz szeroką gamę obiektów do innych dyscyplin. 

Popołudnie poszło w dwie strony: część ekipy zrobiła aktywną regenerację i wspinaczkę na pobliską górę w poszukiwaniu pięknej panoramy, część pojechała w stronę Los Gigantes gdzie główną atrakcją jest rejs statkiem, delfiny i widok na klify. Niestety warunki na wodzie nie pozwoliły na wypłynięcie z portu.

O Los Gigantes warto napisać jedno zdanie: oficjalna strona turystyczna Wysp Kanaryjskich opisuje klify jako około 600-metrową bazaltową ścianę — i tak, na żywo to naprawdę wygląda jak „ściana świata”.

Wieczorem zrobiliśmy warsztat o doborze tempa pod zawody i strategii żywieniowej. Był quiz na rozgrzewkę, a potem praca w podgrupach: zawodnicy rozpisywali strategie pod konkretne scenariusze, a my przy okazji porządkowaliśmy mity i wątpliwości.

Wiatr, prom i decyzje „na żywo”: La Gomera i Masca

Kolejny dzień to znowu dłuższa jazda — tym razem świadomie pod trudne, wietrzne i górzyste warunki. Podzieliliśmy się na dwie ekipy: La Gomera i Masca.

Sam rejs promem już zapowiadał, że łatwo nie będzie. I tu ciekawostka praktyczna: szybki prom na trasie Teneryfa–La Gomera (Los Cristianos–San Sebastián) trwa około 50 minut. Czyli logistycznie to jest „blisko”, ale pogodowo — ocean potrafi przypomnieć o sobie i nawet przy takich krótkiej przeprawie można nabawić się objawów choroby morskiej.

Ekipa z La Gomery, ze względu na bardzo silny wiatr „na górze”, podjęła decyzję o przerwaniu wycieczki i powrocie oraz wdrożeniu planu “B” na dalszą część dnia na wyspie. Ekipa jadąca na Mascę zrobiła plan, ale walczyła z wiatrem i mokrą aurą — wymagający dzień, który uczy bardziej niż „idealne warunki” i przygoda, która zostaje w pamięci na długo. 

To jest jedna z największych wartości campu: nie tylko realizujesz trening, ale uczysz się decyzji i adaptacji (pacing, ubranie, nawodnienie, bezpieczeństwo, komunikacja w grupie).

Próba triathlonowa i sprawdzian strategii

Następny dzień to próba triathlonowa: wykorzystanie strategii z warsztatów w praktyce.

Do wyboru były dystanse sprint lub olimpijka oraz dwa warianty doboru tempa pod połówkę albo pełny dystans. Trasę ustawiliśmy tak, żeby weryfikować międzyczasy i sprawdzić realizację zadania „negative split”.

I znów: zrobiliśmy to w warunkach „mniej idealnych” — pofałdowany akcent na trasie, odcinek kolarski z górką, bieg po zatłoczonej promenadzie. Teneryfa (zwłaszcza okolice kurortów) potrafi być turystyczna i gęsta — ale to też można potraktować jako element treningu: uczysz się utrzymania rytmu i koncentracji, kiedy świat dookoła nie jest pustą bieżnią.

Wieczorem domknęliśmy dzień wspólnym spotkaniem: nadrabianie oglądania nagrań kolarskich i pływackich oraz dłuższa chwila na rozmowy w luźniejszej atmosferze.

Biegowa wycieczka, „mały wulkan” i opcje dla każdego

Następny dzień to wycieczka biegowa. Jak zawsze: były opcje do wyboru (i jedna alternatywa, którą ekipa dorzuciła sama). Długi bieg, lekka wspinaczka na pobliski „mały wulkan”, a dla części — coffee ride albo lekkie open water.

Finał: rozruch, ostatnie OW i powrót z „rezerwą”

Ostatni dzień: poranny rozruch i krótkie open water. Potem już logistycznie: dopakowanie walizek i spokojne domknięcie tygodnia.

Ekipa była mocno „podmęczona”, ale z lekką rezerwą i dużą satysfakcją z wykonanej pracy oraz zdobytych doświadczeń — dokładnie tak ma wyglądać dobrze poprowadzony camp.

Teneryfa kusi bodźcami i z pewnością nie da się zrobić wszystkiego, ale da się zrobić to, co najważniejsze — i jednocześnie zostawić miejsce na przygodę, regenerację i „oddech”, żeby nie zamienić campu w tygodniowe przetrwanie.

Ramowy plan, elastyczność i „ludzkie” statystyki

To, co z perspektywy trenerskiej najbardziej cieszy, to fakt, że: 

  • tydzień był jednocześnie poukładany i elastyczny
  • grupa była zróżnicowana, ale dobrze współpracująca ze sobą
  • ramowy plan zrealizowany i priorytety dnia utrzymane
  • spora dawka teorii została przekazana i skutecznie wykorzystana w praktyce

Poniżej wrzucam też „ziemski” przykład skali tygodnia, bo liczby czasem mówią więcej niż opis:

Swim: 9094 m

Bike: 361 km / wznios 8620 m

Run: 46 km / wznios 682 m

Total ok. 31h / 13.700 kcal 

Zmęczenie 9/10

Satysfakcja 11/10

Przykładowe statystyki jednego z uczestników — skala tygodnia

To oczywiście tylko jeden przykład. Każdy zrealizował camp trochę inaczej: jedni mocniej pod objętość i góry, inni bardziej pod technikę i kontrolę, część świadomie dodawała regenerację. I to jest clou: wszyscy skorzystaliśmy na miarę swoich możliwości, bez porównywania „kto zrobił więcej”, tylko kto zrobił mądrzej dla siebie.

W kontekście Teneryfy (ogólnie Kanarów) warto też pamiętać o calimie. To zjawisko związane z napływem pyłu saharyjskiego, które pogarsza widoczność i jakość powietrza. My natrafiliśmy na kilka dni calimy i na szczęście nie była bardzo bardzo intensywna i nie pokrzyżowała nam planów.

Podziękowania i teaser na kolejny rok

Na koniec: ogromne gratulacje dla całej ekipy za pracę, konsekwencję i dojrzałe podejście do treningu — oraz dzięki za wspólny czas, rozmowy, śmiech i energię.

I tak: wracamy za rok — ale tym razem na inną wyspę. Gran Canaria… nadchodzimy.

Jeśli myślisz o pierwszym obozie triathlonowym albo chcesz solidnie przepracować zimę w dobrych warunkach – Kanary są jednym z najlepszych miejsc w Europie do budowania formy. Dlatego jeśli chcesz być na kolejnym campie – śledź TRICLUB. Informacje o następnych wyjazdach pojawią się jesienią.

Łukasz Lis / Łylis

TriCamp Teneryfa 2026 TRICLUB