Alpe d’Huez Triathlon – wyzwanie które warto przeżyć, relacja Harrego

Triathlon Alpe d’Huez – to coś więcej niż tylko wyścig, to legenda! Przygotowania, stres, emocje – wszystko prowadzi do chwili, kiedy stajesz na starcie gotowy zmierzyć się z wyzwaniem. Prawdziwie wymagającym wyzwaniem, którego trud w ogromnej mierze rekompensują okoliczności przyrody. Oto historia Harrego.


Race report – Alpe d’Huez L Triathlon

Zawsze myślałem, że „L” oznacza Long – ale nie. Belg przy śniadaniu w hotelu uświadomił mi, że oznacza Legend! I pomyśleć, że wpadłem na ten pomysł przy śniadaniu na Warszawiance w 2023 roku.

Dwa dni przed startem zjechałem luzem przez 3 z 21 słynnych zakrętów Alpe, planując wjechać z powrotem na górę. Przy zawracaniu szybkozłączka łańcucha urwała się pod naporem, więc musiałem wejść pieszo do najbliższego sklepu rowerowego. Przynajmniej zdążyłem zwizualizować sobie ostatnie 3 zakręty!

Wielką ulgą było spotkanie z ekipą TriClub na kolacji dwa dni przed startem – spokój wrócił i chodziło już tylko o dotarcie na linię startową.

Pływanie. Woda 16°C – zimna, ale dość szybko się zaaklimatyzowałem. Trasa out-and-back bez pośrednich boi, więc nawigatem po charakterystycznym punkcie na zboczu wzgórza. Najpiękniejszy moment to widok słońca na górach przy każdym oddechu. Wyszedłem po 47 minutach.

Rower. Epicki i długi odcinek z 4 cut-offami i 5 podjazdami, w tym dwa HC (hors categorie). Jechałem spokojniej, zachowując siły na finałowy podjazd. Trasa zaczyna się 24 km zjazdem – świetna okazja na „śniadanie” (3 słone, czekoladowe stroopwafle). Potem 90-minutowy wjazd na Alpe du Grand Serre. Zjazd z Grand Serre – straszliwie szybki, ale zabawny; wyprzedziłem sporo osób dzięki mojej wadze!

Col du Malissol – krótki i bolesny. Col d’Ornon – podstępnie zaczyna łagodnie, ale buduje się do crescendo 8–9%. Tu widziałem karetkę przy zawodnikach, którzy przekroczyli swoje limity lub odwodnili się.

Po Col d’Ornon szybki zjazd i chwila regeneracji przed 21 zakrętami. Atmosfera w Bourg d’Oisans była elektryzująca – „benewolensi” salutowali tym, którzy mieli zmierzyć się z monstrualnym podjazdami. Mój ulubiony przysmak z punktów żywieniowych – plastry arbuza, jako odtrutka na żele i batony.

Zwiftowi dziękuję za trening 21 zakrętów Alpe d’Huez. Pierwsze dwa są najtrudniejsze – 8–10%. Dotarłem do zakrętu 21 w mniej niż 6 minut, lepiej niż w Zwifcie! Cień przez pierwszą część do zakrętu 17, potem punkt z wodą przy La Garde. Oczywiście skurcze łydek – ale nie zatrzymałem się, tylko się uśmiechnąłem i przypomniałem sobie „lactate shuttle” Iñigo San Millána.

Bieg. Było wiele super szczupłych „wspinaczek” – przerażające zestawienie. Gdy kończyłem wjazd na Alpe d’Huez, byłem gotowy skończyć – ale postanowiłem zrobić jedną pętlę biegu. Jedna stała się dwiema, potem trzecią. Skończyłem tuż przed zachodem słońca – niesamowite widoki ze szczytu góry. Trasa łączyła górskie ścieżki z asfaltem i stromymi zejściami po pasie startowym heliportu. Doping tłumów przy każdym wejściu do wioski był niesamowity, a linia mety – jak żadna inna.