3:57 nad ranem. Stoimy na pokładzie promu dryfującego po czarnym jak smoła Eidfjordzie. Jest cicho. Za cicho. Nikt się nie śmieje, nikt nie gada o „życiówkach”. Tylko zimny wiatr i głośniki, z których ktoś informuje, że za 3 minuty otwierają prysznice na pokładzie. Prysznic? Serio?
Ale to już się dzieje. Wkrótce skaczemy. Trzy metry w dół – nie do wody, tylko do innego świata. Tam nie ma rozgrzewki, nie ma kalkulacji. Jest szok, ciemność i jedno pytanie: co ja tu robię?
Są starty, które się „robi”. Są też takie, które się przeżywa. Norseman to nie zawody. To opowieść. To podróż do wnętrza siebie, przez ogień i lód, z sercem bijącym w rytm norweskiego fiordu. To triathlonowa legenda pisana czarnym tuszem na mapie sportowego świata — surowa, nieprzewidywalna, prawdziwa.
Startujesz w mroku, skacząc z promu do lodowatej wody Eidfjordu. W tle cisza, przerywana tylko biciem własnego serca. Potem rower przez Hardangerviddę — dziką i majestatyczną. Setki kilometrów samotności, wichru i deszczu, z przewyższeniami, które zacierają granice między sportem a alpinizmem. A kiedy wydaje ci się, że już wszystko masz za sobą — zaczyna się Zombie Hill. I wtedy dopiero Norseman odsłania prawdziwe oblicze.
Tu nie walczysz o medal. Walczysz o prawo, by dotrzeć na szczyt Gaustatoppen i założyć czarną koszulkę — symbol elity tych, którzy pokonali nie tylko trasę, ale i własne granice.
W tym roku to właśnie tam — wśród mgły, deszczu i emocji — spełnił swoje sportowe marzenie Rafał. XTRI Norseman ukończony! Czarna koszulka zdobyta!
A teraz czas na konkrety i kilka praktycznych refleksji Rafała. Jeśli myślisz o tym, żeby się tam kiedyś znaleźć — przeczytaj do końca. Bo chociaż Norseman to legenda, to jak każda legenda — zaczyna się od decyzji.
1. Lokalizacja i logistyka
Zawody zaczynają się w Eidfjord (ok. 160 km od Bergen, 300 km od Oslo), a kończą pod górą Gausta (180 km od Oslo). Nocleg najlepiej zaplanować od wtorku/środy do soboty (dzień startu) w Eidfjord, a następnie przenieść się jak najbliżej mety. Baza noclegowa jest ograniczona. Od środy do niedzieli odbywają się liczne wydarzenia towarzyszące (wspólne treningi, ognisko, impreza na finiszu). Pogoda kapryśna – prognozy potrafią się dynamicznie zmieniać. Obowiązkowy jest support co najmniej jednej osoby.
2. Pływanie i T1
Rowery wstawia się nocą, T1 otwarte od 2:30, od 3:30 zaczyna się wchodzenie na prom. Prom wypływa o 4:00, płynie około 45 minut. To czas na rozgrzewkę, kontemplację, toaletę lub zimny prysznic na pokładzie (“Shower on deck 1 starts in 2 minutes!”). Wysokość skoku z promu do wody to 3-4 metry, woda czarna, temperatura ok. 14 stopni – skrajne doświadczenie. Do strefy startu płyniemy ok. 500 m, więc całość do przepłynięcia to prawie 4,5 km. Start wspólny – linię startu wyznaczają kajaki. Na dźwięk z syreny z promu kajakarze unoszą wiosła i zaczyna się przygoda. Najlepszą strategią jest płynięcie blisko brzegu ze względu na prąd. Nawigacja łatwa – jedna boja po 3 km, skręt o 90 stopni i znowu wzdłuż brzegu prosto do T1. Moje pływanie wyszło trochę gorzej od planowanego (tempo 2:10 zamiast 2:00), wyszedłem z wody jako 166. Będąc w wodzie prawie 2 godziny (bo warto wyskoczyć bliżej początku niż końca grupy żeby spokojnie dopłynąć na start) warto mieć neoprenowy czepek i w moim wypadku rękawiczki i neoprenowe skarpety.
3. Rower i T2
Rower: 180 km z 3350 m przewyższenia. Po 7 km płaskiego startu zaczyna się pierwszy, najdłuższy podjazd (30 km, ciągle 5-8% nachylenia) na Hardangervidda – najbardziej rozległy płaskowyż w Europie. Podczas podjazdu pokonujemy trzy tunele – dwa z nich dość długie, jest w nich duszno, a przez to że mają kształ ślimaka to GPX wariuje pokazując 50% nachylenia. Widoki spektakularne – wodospady, skały, zieleń; podjazd w wielu miejscach prowadzi starą, wyłączoną z ruchu samochodowego (ale b dobrej jakości) drogą. Od 37 do 90 km trasa prowadzi płasko lub lekko w dół z mocnym wiatrem – zwykle w twarz, w tym roku bocznym. Potem cztery krótsze podjazdy (ok 4km długości każdy, 400-500m przewyższenia), ostatni najtrudniejszy (bardziej stromo, 8-10%, km 137-142). Km 142-150 to rolling, a ostatnie 30 km to szybki, miejscami techniczny zjazd (kilka zakrętów 180 stopni, padał mocno deszcz od tego momentu aż do końca zawodów). Konfiguracja napędu u mnie: 52/36 z przodu i 11-34 na kasecie. Wystarczyło idealnie żeby trzymać kadencję ok 70 na podjazdach i móc kręcic na zjazdach; dopiero powyżej 60-65km/h zaczynało brakować biegów. Patrzyłem na średnią moc, tak aby z jak najmniejszymi odchyleniami cały czas trzymać 60-75% FTP, oraz uważałem na tętno żeby większość czasu spędzać w 3, a na podjazdach w 4 strefie. Zdecydowałem się na rower TT z dyskiem – kask aero, rower pozbawiony wszelkich elementów zakłócających przebieg powietrza (nawet obowiązkową lampkę mialem aero), czysty napęd nasmarowany dobrym woskiem, pozwoliło mi bardzo przyspieszyć i wyprzedzić na płaskim i na zjazdach kilkadziesiąt osób. Z pozycji 198. po pierwszym podjeździe byłem 149. w T2. Większość osób – lekkie szosy z lemondkami. Moja konfiguracja (TT + dysk) była w mniejszości. Asfalt jakości premium. Na trasie odbywa sie normalny ruch samochodowy ale kultura jazdy kierowców wysoka i większość tego ruchu to samochody supportu. Największą przeszkodzą może być deszcz i silny wiatr bo to diametralnie wpływa na wysiłek i wymusza konieczność dostosowania prędkości i hamowania do warunków atmosferycznych.
4. Bieg i meta
Maraton był dla mnie największym obciążeniem fizycznym i psychicznym. Dopiero wtedy dowiedziałem się, że mam tylko 11 osób „bufora” do zdobycia czarnej koszulki (cut-off to 160. zawodnik na 37 km). I te wszystkie osoby “z tyłu” widziałem za sobą cały czas – krótko mówiąc presja żeby dać z siebie maxa i nie dać się wyprzedzać była b duża. A kilometrów wiele, i wiele może sie wydarzyć. Początkowe 25 km jest asfaltowe, glownie plasko, lekko rolling, później zaczyna się 12-kilometrowy Zombie Hill (1000 m przewyższenia, ciągłe, jednostajne nachylenie). Od Zombie Hill większość zawodników podchodzi. Od tego punktu też zawodnikowi może w biegu/podejściu towarzyszyć support, ale obowiązują ścisłe zasady (np. brak pacingu – support nie moze byc przed zawodnikiem). Zyskałem sporo miejsc, bo zaczęło lać i zrobiło się zimno, a ja lubię takie warunki. Biegłem na lekko w samym trisuicie a wiele osob w tym momencie wyciągało jakieś kurtki itp i traciło cenne minuty na przebieranie się. Na cutoff point na 37 km zameldowałem się 134. Osiem osób przede mną zamknęli wejście na górę ze względu na warunki atmosferyczne – stąd chociaż z czarną koszulką to kończyłem na 42.km na „białej” mecie, a nie na szczycie Gaustatoppen.
5. Support
Support ma wiele obowiązków i musi przestrzegać licznych zasad, które są faktycznie egzekwowane (np. sposób parkowania) – sypały się za to kartki i kary czasowe. Punkty spotkań z supportem na trasie koniecznie należy wcześniej zaplanować. Miałem cztery pitstopy na rowerze (37 km, 90 km, 137 km, 142 km). Na biegu support miałem co 3-4 km z napojami.
6. Społeczność, atmosfera i oprawa
Wyjątkowa społeczność zawodników z całego świata (11 osób z Polski). Okazji do poznawania ludzi jest wiele: wspólne treningi (social swim / ride / run przed zawodami), zakupy (w Eidfjord jest tylko jeden duży sklep spożywczy), afterparty. Profesjonalna oprawa medialna (drony, zdjęcia w wodzie, wywiady). XTRI Norseman mocno wykorzystuje Instagram i YouTube. Nastrój wśród ludzi przypomina trochę biegi górskie. Sporo luzu.
7. Żywienie
Mi się świetnie sprawdza Maurten i Precision Hydration. Godzinę przed pływaniem duży baton Maurten, potem żele na podjazdach, żelki (PH ma pyszne limonkowo-miętowe) i mini-naleśniki z nutellą na płaskim. Na biegu dodatkowo arbuz oraz 500ml soft flask wypełniony żelem PH. Celowałem w 100 g węgli na godzinę, na biegu troche mniej, bliżej 60 g. Do samego końca starczyło energii. Piłem wyłącznie elektrolity PH w wysokiej dawce (PH 1500).
Konkluzje
Zawody z unikalną atmosferą, bardzo ciężkie ale uważam że nie “ekstremalne” – mógłbym wskazać kilka imprez które są trudniejsze bo np bardziej górzyste. Spośród zawodów tego samego organizatora XTRI to chociażby ICON w Dolomitach albo Ascend we Francji. Albo część biegowa na Janosiku. Moim planem minimum było ukończyć z białą koszulką. Osiągnąłem plan maksimum bo udało się sięgnąć po czarny t-shirt. Przygotowanie wydolnościowe, konfiguracja roweru, decyzja żeby jechać i biec na lekko bez przebierania się, szybkie asfaltowe buty na bieg, a wreszcie żywienie i picie – wszystko zagrało idealnie tak jak chciałem. Walka wyrównana, na maxa do samego końca, różnice między zawodnikami po kilkunastu godzinach zmagań były na poziomie pojedynczych minut. Poziom zawodników – uważam że wysoki. Nikt na Norsemana nie dostaje slota z przypadku, albo nie wiedząc na co się pisze. Z chęcią kiedyś wrócę poprawić wynik (13h 54min – zwycięzca 9h45min, ostatni zawodnik 18h46min) – chociaż między latami jest trudny do porównywania. Bo chociaż trasa ta sama to pogoda może mieć gigantyczny wpływ na ostateczny rezultat. W każdym wypadku – było warto!
Rafał & TRICLUB