Dla wielu z nas start na pełnym dystansie jest marzeniem, które staje się rzeczywistością dopiero po wielu godzinach treningu i poświęceń. Ironman to przygoda, w którą są wpisane przeciwności losu, ból, masa wyrzeczeń i ciągłe wychodzenie ze strefy komfortu. To nie tylko opowieść o wyścigu, ale o emocjach, trudnościach i radościach towarzyszących na każdym kroku – zarówno w przygotowaniach, jak i w samym starcie.
Oto historia debiutu Mirka.
IM Thun, Szwajcaria. W sumie nie wiem, co byście chcieli usłyszeć, więc po trochu o wszystkim. Startowałem raz na Garminie 1/2 i na ostatnim IM Warsaw byłem jako kibic, więc nie mam jakiegoś wielkiego porównania.
Widoki! Był to dla mnie pierwszy pełny dystans. Szwajcarię wybrałem, bo w Polsce nie ma pełnego, a Thun rok w rok wygrywa top 3 za trasę w rankingu Ironmana. Rok temu global 2nd best bike course. Jak robić pierwszy pełny dystans, to w ładnym miejscu – widoki miazga. Naturpark Gantrisch – tutaj prowadziła trasa kolarska. Organizacja ogólnie 9/10. Można się przyczepić do braku energetyków na trasie i małej liczby żeli z kofeiną. Jak ktoś planuje startować – polecam mieć swoje tabletki z kofeiną.
Social run przed startem – mega pozytywnie. Dowiedziałem się czemu przenieśli się z Zurychu do Thun – w Zurychu event był jednym z wielu, w Thun to jedna z 3–4 największych imprez w roku. W cenie była też piątkowa wycieczka z przewodnikiem po mieście – skorzystałem i właśnie wtedy dowiedziałem się, dlaczego etap pływacki mnie zniszczył.
Pływanie. Woda dwa dni przed zawodami miała 14,9°C. Zrobiłem testowy kilometr – było spoko, ale pływałem wzdłuż brzegu, co pewnie był błąd. W dniu startu woda 16°C, powietrze 16°C. Każdy wchodzący na rozgrzewkę mówił „it’s so fucking cold” w różnych wariantach… i był w dużym błędzie. Ta woda była cieplutka – jak się okazało. Zimna była kilkaset metrów od brzegu.
Z wycieczki po mieście dowiedziałem się: ta zima przyniosła bardzo dużo śniegu, który do tej pory topnieje i wszystkie spusty wody są otwarte. Dalej od brzegu woda miała miejscami o dobre 5 stopni mniej – taka termoklina na powierzchni, nie na głębokości. Po kilkuset metrach nie miałem czucia w obu nogach od łydki w dół. Kompletnie zero czucia. Dodatkowo miałem średnio sprawną lewą dłoń z usztywnionymi dwoma palcami. Pierwsze 1500 m płynąłem od kajaka do SUPa do kajaka. Mentalnie zajęło mi godzinę, żeby zmusić się nie myśleć o nogach. Drugą połówkę przepłynąłem już w miarę normalnie. Jak dopływałem do zatoki z „16°C” – czułem się jakbym wpływał do ciepłego jacuzzi. Czas w wodzie: 2:01. Do T1 szedłem jak kaczka. Garmin zalogował 4300 m łącznie. Masa osób nie ukończyła pływania, wiele wycofało się po 200–300 m.
Wniosek: jeśli ktoś planuje start tutaj – buty i czepek neoprenowy + zatyczki do uszu to wymagany ekwipunek. Spodziewaj się, że woda dalej od brzegu może mieć znacznie niższą temperaturę niż deklarowana. Osoby z tym sprzętem raczej nie narzekały.
Rower. Po paru kilometrach zorientowałem się, że przerzutka z przodu nie wraca na blat. Paluchami wrzuciłem na blat i tak przejechałem pozostałe 170 km po szwajcarskich pagórkach. Dopiero około 100 km luz wrócił. Trasa pomimo pochmurnego dnia – piękna. Gdyby było słońce, byłoby zjawiskowo. Masa kibiców ze szwajcarskimi dzwonkami – dokładnie tak, jak można to sobie wyobrazić. Nie cisnąłem mocno – trzymałem się z dala od cut-off time. Przy zjazdach miałem jeszcze PTSD po wypadku sprzed 3 miesięcy, więc nie ryzykowałem.
Bieg. Turystycznie tuptałem na pograniczu zone 2–3, z przerwami na rozciąganie. Trasa nad jeziorem, przez park z szutrem, przy kanale z krystaliczną wodą, drewnianymi mostami, starówką po bruku. Masa kibiców, super atmosfera, super widoki. Spodziewałem się kryzysu – ale nie spodziewałem się, że będą to pierwsze 2 km pływania, a potem będzie już z górki. Pierwszy pełny dystans ukończony.
Biorąc pod uwagę wypadek 3 miesiące temu, pęknięte żebra, nadal krzywy palec który usztywniam, 2 miesiące temu 10 minut zajmowało mi wstanie z łóżka i realnego treningu były 3 tygodnie – ukończenie cieszy mnie podwójnie. Był plan zacząć przygotowania do XTRI po relacji Rafała z Celtmana, ale po tym etapie pływackim chwilowo mi przeszło 😊
P.S. Garmin nie zsynchronizował aktywności do aplikacji, a potem zniknęła też z zegarka… Został medal na dowód.
P.S. 2. Pomimo usilnych zapewnień supportu Garmina że „we are sorry” i „there is nothing we can do” – po ponad tygodniu odzyskałem aktywność 😊










